wtorek, 2 sierpnia 2016

06 Evris: All devils are dead, the only ones left are bastards and bitches.


To nawet nie było zabawne.

W najmniejszym stopniu nie czułam się rozbawiona czy zadowolona. Może odrobinę zgorszona, ale daleko było mi do odczuwania przyjemności. Nie powiem, żebym się tego spodziewała. Wiem, że na tym etapie życia, na którym byłam powinnam już spodziewać się wszystkiego. Okazuje się jednak, że nawet mnie można jeszcze zaskoczyć. Nie mogłam zrozumieć dlaczego szczebiot dobiegający z drugiego końca mojej idealnie zaplanowanej, obudowanej czerwoną cegłą wyspy się nie kończy. Kiedy już moje nadzieje wzrastały, bo blond kreatura po drugiej stronie brała oddech zaraz były mordowane kolejna porcją bezsensów na temat podrostków z krostami, których swoim ciałem raczyła Fly w czasie liceum.

Nie, żebym dokładnie liczyła, ale zaczynałam się obawiać, że ta prowincjonalna gęś uwiodła więcej mężczyzn niż ja. Chociaż nie wiem czy słowo „uwiodła” znalazło by w tym przypadku swoje zastosowanie.

Oparłam się knykciami o marmurowy blat, próbując z całych sił przypomnieć sobie te zajęcia z jogi, gdzie nieprzyzwoicie przystojny instruktor próbował przekazać mojej osobie coś na temat rzekomo wybitnych osiągnięć odpowiedniego oddychania w dziedzinie uspokajania nerwów.
Nie żebym miała problemy z nerwami, ponieważ kontrolowanie emocji to akurat moja mocna strona, ale nie potrafiłam zrozumieć co takiego się stało, że nagle moje życie zaczęło przypominać odcinek tej komedii z lat dziewięćdziesiątych o ckliwym tytule „Przyjaciele”.
„Dzięki bogom!” Na trzask drzwi wejściowych i charakterystyczny stukot markowych szpilek odezwał się głos w mojej głowie, który z braku lepszej nazwy nazywałam głosem rozsądku.
Modemoiselle nie miała w zwyczaju ani pukać, ani zapowiadać się przy pomocy innych konwencjonalnych środków komunikacji jak telefon. Nigdy się nie dowiedziałam z jakich sztuczek korzysta by przekonać oddzwiernego z mojej kamienicy, że rzeczywiście jest moją znajomą. Niezależnie od tego jakiej magii używała – było to skuteczne.

Niestety, moja radość była przedwczesna, ponieważ nawet obecność naszej patronki nie zdołała zamknąć jadaczki mojej przymusowej współlokatorki.

-Fly, wiesz, że w tym właśnie momencie całkiem spora grupa ludzi, która z nieznanych mi przyczyn nazywa się moim znajomymi, zastanawia się, gdzie podziewa się moja osoba, która powinna uświetniać swoją obecnością tradycyjne sobotnie śniadanie na dachu gdzieś w City?

Nie wiem czy to mój zirytowany ton, czy wypielęgnowane paznokcie Modemoisell uderzające rytmicznie w blat, ale udało się – Logan, czy jak tam jej było na nazwisko, się przymknęła.
Cisza, która zapadła między nami można by nazwać niezręczną. Dla mnie? Była typowym objawem przebywania w tym samym pomieszczeniu co moja patronka. A to, że była ona znacząco krępująca dla amerykańskiej krwi na angielskiej ziemi było tylko i wyłącznie balsamem na moje serce.
Nie odzywając się słowem wprawiłam ruch ekspres do kawy i zaserwowałam kobiecie przede mną kawę. Nie wypadało dopytywać się o przyczyny wtargnięcia do mojej ostoi, nim gość nie będzie miał szansy skosztować pierwszego łyka mojej gościnności. Ale, gdy tylko Modemoiselle kiwnęła głową dają mi znak, że kawa nie należy do najpaskudniejszych napoi jakie piła w życiu, ulżyłam w mękach Fly i zadałam pytanie, które i tak już wisiało w powietrzu.

- Moja droga, to doprawdy nierozsądne pytanie. Bal odbywa się już jutro. Pozostałe dziewczęta są już przyszykowane, mają przypisanych gości oraz wybrane suknie. Jedynie ty pozostajesz moim utrapieniem.

Jedna idealnie wyprofilowana brew uniosła się do góry. I chociaż nie zadałam pytania, otrzymałam odpowiedź: -W wychowywaniu panny Logan nie czynisz żadnych postępów. – Łyk kawy i amerykański skrzek protestu.

– Och, Fly. To nie przytyk do ciebie, przecież zarówno ja i Evris wiemy, że jesteś jak nieopierzone pisklę. To, czego nie jestem w stanie zrozumieć to powód, dla którego Evris pozwala ci szczebiotać bez sensu, zamiast edukacyjnie zdzielić ci w policzek i wytłumaczyć, w jakim świecie teraz będziesz się obracać.

- A to niby, jaki świat ma być?  - Dziewczyna nawet zadając tak głupie pytanie miała swój urok.
Myślę, że to właśnie zirytowało mnie na tyle bym w końcu zabrała głos.

- Świat, w którym głupie pytania i odpowiedzi, o które nikt cię nie prosił sprowadzą na ciebie kłopoty. – Zero zrozumienia w jej oczach.  – Chociaż tak naprawdę mało znaczące są kłopoty, które sprowadzisz na siebie. Takie dziewczyny jak ty przeważnie mają kilka kłopotów w zanadrzu nawet jeżeli udają tak skończone kretynki jak ty. Bardziej znaczące są problemy, które możesz sprowadzić na nas.

-Na mnie.

Mój głos rozsądku wziął głęboki wdech.

-Tak, na ciebie, Modemoiselle.


Fakt, że stare dzielnice Londynu pozostały niemal niezainfekowane nowoczesnością sprawiał, że to właśnie w tym miejscu zamieszkałam po tym jak wyniosłam się raz na zawsze z Hampshire by nigdy więcej tam nie wrócić.
W szczycie lata, zielone pnącza bluszczu wspinały się leniwie po kremowych frontach sklepików, które dla zasady nie miały więcej niż trzy pietra. Za każdym razem, kiedy miałam przyjemność załatwiać interesy w Kensington otaczał mnie spokój, który uciszał to szalone niebezpieczne zwierze, jakim była moja dusza.

Moja dusza?

Właśnie o tym mówię, Kensingoton ze swoimi wyniosłymi, złoconymi tabliczkami i historycznymi pubami pasowało idealnie do mojej zapatrzonej, zadufanej natury, ale z drugiej strony atmosfera tutaj panująca dobierała się do sentymentalnego aspektu mojej osoby. A to już nie było mi w smak.
Tak samo jak nie była mi smak gęsta atmosfera, w której zmuszona była się dusić od wyjścia z mieszkania, przez podróż limuzyną i spacer po Holland Street.

W wyrazie twarzy Modemoiselle i Fly można było odczytać, że oczekują ode mnie jakiejkolwiek reakcji. Ta pierwsza z pewnością czekała na przeprosiny, wyjaśnienia. Co prawda mogłam wziąć na siebie winę z to, że zapomniałam o tym przeklętym balu, ale nie miała prawa oczekiwać ode mnie, że w przeciągu kilku nocy zmienię niebrzydkie, ale nieokrzesane i kompletnie nieświadome (aczkolwiek sprytne i przebiegłe) kaczątko, jakim była Fly w jedną z najlepszych eskort w Londynie.

To nie było możliwe.

Z resztą… Nie miałam pojęcia, czego powinna, jej uczyć. Cała wiedza, jaką posiadałam była zdobyta przeze mnie drogą prób i błędów oraz poprzez słuchanie własnego instynktu.
Co do samej Fly, jej wzrok zawierał w sobie odrobinę przerażenia. I to akurat uznałam za dobre, słuszne i przydatne. Nawet ja bałam się Modemoiselle. Chociaż przeważnie o tym nie myślałam.

Owszem, byłam jej winna wdzięczność za długą listę rzeczy, którą dla mnie zrobiła, ale - z nią czy bez niej – i tak dałabym sobie radę w życiu.
Stukot naszych idealnie dopasowanych szpilek ucichł tuż przed witryną Wild Lark Butique. Z odbicia w szybie patrzyła na mnie znudzona twarz, która należała tylko do mnie. I do nikogo innego. Maska obojętności? Możliwe. Pewna grupa dziewczyn należących do Modemoiselle lubiła po kilku kieliszkach wina analizować moją osobę.

Zupełnie jakby miało im to pomóc zająć moją pozycję.
I chociaż ich domysły obchodziły mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg, część z nich twierdziła, że nie możliwym jest bym nie czuła nic i była tak zdystansowana do wszystkiego. Ich zdaniem moja pogarda i stawianie się wyżej od nich było typowym przykładem uciekania przed większym problemem i próbą skrywania swojej prawdziwej osobowości, która – wedle tych kobiet, które wybrały życie prostytutek, które dobrowolnie oddają się w ramiona obcych mężczyzn – była osobowością niedojrzałej dziewczynki, która chowa urazę.

Czy miały rację? Może tak, może nie. Prędzej sczeznę niż wyjawię taki sekret komukolwiek.

Przyglądałam się beznamiętnej osobie w odbiciu przez chwilę. Nic specjalnego. Zbyt długie nogi, zbyt długie ręce. Ubrania też nie ociekały seksem. Biały komplet w czarne paski. Rękaw poprawny, sięgający do łokcia. Jednie trzy centymetry brzucha wystawione na widok i spódniczka sięgająca nad kolano. Przyzwoite, stabilne szpilki. Co więc czyniło ze mnie ulubienicę Madmoiselle? Co kazało jej ciągnąć mnie w to miejsce, które było tylko przykrywką dla ekskluzywnego butiku, który znajdował się na piętrze?

Czemu zależało jej tak bardzo na tym bym była na tym przeklętym balu?

Moje pytania pozostawały bez odpowiedzi nawet w chwili, gdy przechodziłyśmy przez drzwi Wild Lark Butique i bez słowa mijałyśmy ekspedientki w tym przeciętnym sklepie, kierując się bez wahania do schodów prowadzących na piętro.

Wino, pięknie suknie, przyćmione światło i sto procent bezosobowej anonimowości. Wild Flower było miejscem do którego się zmierzało by zakupić najlepsze kreacje od najbardziej znanych projektantów, ale niekoniecznie mając ochotę na związane z tym zamieszanie i uwagę. A to co mnie zawsze dziwiło to fakt, że właścicielka bez mrugnięcia okiem przyjmowała olbrzymie sumy w gotówce.

Ale kim byłam by podważać czyjąkolwiek moralność.

Wygodnie rozpostarta na jednym z kobaltowych szelznogów podziwiałam kreacje wiszące na wieszakach oraz prezentowane na manekinach. Gustowne zdobienia, delikatne hafty i najlżejsze jedwabie. Ciężkie brokaty, atłasy i błyszczące kamienie obijające światło. Te proste rzeczy sprawiały mi radość. Było to coś nie często pozwalałam sobie czuć, ale wszystko tutaj było tak piękne, że nie mogłam powstrzymać kącików ust unoszących się ku górze.

W drugiej części sklepu Fly nadal nie pozbyła się spięcia. Jej ramiona były nienaturalnie sztywne, w skutek czego wszystkie, oszałamiająco piękne suknie, które Modemoiselle kazała jej przymierzyć wyglądały po prostu źle.

Nie żeby ona w nich wyglądała niedobrze – ze swoimi oszałamiającymi złotymi włosami i błękitnymi oczami mogła ubrać się nawet w najbardziej obskurną szmatę i wyglądać doskonale. Ale nienaturalna postawa i zachowanie sprawiały, że ubrania po prostu nie leżały tak jak powinny. Jakby czuły, że dziewczyna dałaby wiele by być gdziekolwiek indziej.
Niespieszne odstawiłam kieliszek na dębowy stolik stojący po mojej prawej stronie i ruszyłam w kierunku wieszaków.

Moje ruchy były drapieżne, wręcz zwierzęce. Cały seksapil, który w sobie miałam włożyłam w każdy pojedynczy ruch.

I nie bez przyczyny. Wiedziałam, że Modemoiselle czegoś ode mnie chce. Nie było w jej zwyczaju poświęcać czas na coś tak trywialnego jak zakupy z podopiecznymi.
Poza tym szanowała mój gust. Tak przynajmniej twierdziła. Ale na ile można było jej ufać to pozostawało zagadką.

Nie odwracając się w jej stronę zapytałam:
-Powiedz, długo jeszcze będziemy się bawić w tą grę, czy w końcu powiesz mi kim jest ten człowiek, któremu chcesz podać mnie na srebrnej tacy?

Modemoiselle nic nie powiedziała, jednak przestala dręczyć sklepowe ekspedientki i spojrzała w moją stronę. Miała rację, ja dopiero się rozkręcałam.

-Wpływowy biznesmen? Nowa zabawka? – Ze znudzeniem przerzucałam wieszaki. – A może ktoś z twojej przeszłości, o której nigdy nikomu nic nie mówisz?

Proszę bardzo. Wyzwanie zostało rzucone. Teraz tylko utrzymać obojętną postawę i czekać aż przynęta zostanie chwycona. Możliwe, że to było nieczyste zagranie z mojej strony, ale wiele przeszłam by znaleźć się w miejscu w którym byłam. Nigdy już nie zamierzałam znaleźć się w pozycji, gdzie ktoś decyduje o tym jak ma wyglądać moje życie. Nienawidziłam być manipulowana. I chociaż mógł to być szczyt hipokryzji gardziłam tym jeszcze bardziej niż słabymi mężczyznami i tandetnymi romansami. Jeżeli ta kobieta czegoś ode mnie chciała, to była jej jedyna szansa na to by powiedzieć mi to w twarz. W innym wypadku byłabym więcej niż niechętna do współpracy.

A  świat zaczynał poważnie drżeć w posadach za każdym razem kiedy byłam w stosunku do czegoś niechętna.

Niby nie zwracałam na mentorkę uwagi, jednak żaden jej ruch nie umknął moim oczom. Jej postawa, i to jak się zachowa w najbliższych sekundach mogły mi powiedzieć więcej niż jakiekolwiek słowa, które dla mnie szykowała. Nie miałam zamiaru się dać zaskoczyć. A jeśli coś miało się stać dla mnie problemem, chciałam być na to gotowa.

-Moja droga, to bardzo nieuprzejme tak odpowiadać na czyjeś zainteresowanie. Myślałam, że wychowałam cię lepiej.

Zdrętwiałam wewnętrznie na jej słowa. Na usta jednak przywołałam leniwy uśmiech i odgarnęłam włosy z ramienia.

Za Modemoiselle ekspedientki bezgłośnie wycofywały się za strefy, w której znajdowały się przymierzalnie przezornie unikając wybuchu, który mógł ale nie musiał się wydarzyć.
Nadal czekałam na wyjaśnienia i nie zamierzałam ustąpić. Zarówno jak ja, Modemoiselle miała swoje tajemnicy, których nie zamierzała nikomu wyjawić. Nie  potrzebowałam ich poznawać, ale uważałam, że na tym etapie znajomości kobieta powinna mi ufać. A przez uwzględnienie mnie w swoich planach robiła pierwszy krok.

Poza tym, nie byłabym sobą, gdybym pozwoliła się po prostu ładnie ubrać, uczesać i wepchnąć w ramiona faceta, który nie miał ani jaj, ani charyzmy.
Posłałam kobiecie twarde spojrzenie.

-Dobrze, już, dobrze. – Westchnęła Modemoiselle, ponownie odwracając się do wieszaka z kreacjami. – Chcę tylko byś wiedziała, że nie takiego zachowania się po tobie spodziewałam.

-Naprawdę?

-Nie, Evris. Czasami po prostu wolałabym aby sprawy z tobą były łatwiejsze, jednak znam cię za dobrze. – Zatrzymała się przy sukni delikatnymi zdobieniami ze złotej nitki. – A odpowiadając na Twoje pytanie, nie wiem czy można go nazwać kimś z mojej przeszłości. Raczej nie, biorąc pod uwagę, że jest tylko odrobinę od ciebie starszy.

-Nowa zabawka, wiec?

-Chyba dla ciebie.

To  było interesujące stwierdzenie, ale nadal nie powiedziała mi nic, mimo, że liczyłam każde słowo, które padło z jej słów i było ich blisko  pięćdziesiąt, ale żadne z nich nie zawierało treści. Milczałam więc dalej, próbując chociaż udawać, że jestem uprzejma.

-Zayn Malik. –Wyciągnęła przed siebie sukienkę, której od dłuższej chwili się przyglądała i eleganckim ruchem odwróciła ją tak by zaprezentować ją mi. – O popatrz, znalazłyśmy coś co z całą pewnością mu się spodoba.

Ten uśmiech mógł roztopić serca lodowych olbrzymów, ale w moim sercu wywołał tylko głębokie poirytowanie.

Przyglądałam się sobie w dwumetrowym lustrze. Po raz kolejny tego dnia analizowałam swoją sylwetkę centymetr po centymetrze. Może nigdy nie byłam zwyczajnym człowiekiem? Może wszystko co wydarzyło się w mojej przeszłości miało na celu doprowadzić mnie to tego miejsca? Może moje ciało było tak seksowne, ponieważ właśnie takie było moje przeznaczenie – by uwodzić mężczyzn i wykorzystywać ich bezlitośnie.

Nie.

Jedyną osobą, która miała decydować o moim przeznaczeniu  byłam ja sama.
Wraz z promieniem zachodzącego słońca do przestronnego pomieszczenia, w którym przebierałam, weszła Modemoiselle.

Jej krytyczny żelazne spojrzenie prześledziło moją sylwetkę od góry do dołu, oceniając to jak jedwabna tkanina czule opina moje krągłości. Jak strategicznie umieszczone wycięcia prezentują moją opaloną skórę oraz to jak kunsztowne, złote hafty pięły się po moich ramionach aby zatrzymać się i rozproszyć kawałek za łokciem.

Dostarczone przez obsługę ciężkie, złocone bransolety dopełniały stroju, tak samo jak czarne sandałki na obcasie, które podkreślały smukłość moich nóg, wystawionych na widok publiczny przez kończące się na wysokości biodra rozcięcie.

Modemoiselle nie powiedziała ani jednego słowa, ani nie wykonała ruchu, jednak wiedziałam, że jest zadowolona z tego co widzi. A skoro nigdy nie doczekałam się od niej komplementu, nawet na niego nie czekałam, tylko odwróciłam się powrotem do lustra, by poprawić niesforne pasma włosów.
To było moje życie. Musiałam iść z prądem.

-Uważam za kompletnie zbyteczne prowadzenie z tobą wojny, Evris. – Ton jakiego użyła był zwyczajny i spokojny. I to spowodowało, że była o wiele bardziej przerażająca niż inni ludzie, którzy dopuszczali emocje do zdań, które wypowiadali.  –Szkoda mojego czasu i wysiłku by ustawiać do pionu dziewczynę taką jak ty  - samotną dziewczynkę bez domu do którego mogłaby wrócić czy przyjaciół, którzy przyszliby jej z pomocą. Wiedz jednak, że jeśli raz jeszcze podważysz mój autorytet to zmienię twoje życie w piekło.

Prychnęłam tylko.

-Może teraz moje groźby na ciebie nie działają, ale widziałam setki takich jak ty. Może sądzisz, że jesteś wyjątkowa, ale to nie prawda. – Z nonszalancją zaczęła poprawiać zapięcie jednej z ciężkich bransolet. – Lubię cię moja droga, i chciałabym byśmy pozostały w dobrych stosunkach. Masz dla mnie pewną wartość, koniec końców.




W dniu składania aplikacji do Kings College wiedziałam, że budynek, w którym mieściła się moja uczelnia był jednym z najpiękniejszych budynków jakie dotychczas widziałam. W tym czasie mieszkałam w Londynie zaledwie kilka dni i wciąż miałam problem z tym aby wyjść  z metra w prawidłową stronę. Nic dziwnego więc, że szybko porzuciłam ten sposób transportu i zaczęłam korzystać z taksówek.

Kolejną niewątpliwą zaletą tej placówki edukacyjnej było to, że nadal znajdowała się po prawidłowej stronie rzeki oraz, że zarówno Soho jak i Mayfair były blisko. Więc nawet jeśli zostałam w hotelu na noc (co zwykle miało miejsce) nadal mogłam spokojnie zdążyć na ukochane zajęcia z literatury współczesnej.

Zajęcia z literatury współczesnej znajdowały się wysoko na liście moich ulubionych przedmiotów, z bardzo prostej przyczyny: metr osiemdziesiąt pięć, granatowo czarne włosy, stalowe tęczówki oraz długie nogi doprawione seksownym tembrem głosu.
Prowadzący zajęcia mówił o dziele Jonathana Franzena w taki sam sposób jaki ja opisywałam mężczyznom co zamierzam z nimi zrobić, kiedy już nasze ubrania opadną. Był przystojny aż do bólu. Nie byłam w stanie powstrzymać się od przekładania nogi na nogę i ocierania się ud o siebie, w próbie ulżenia potrzebie, która ogarniała mnie kiedy wschłuchiwałam się w jego słowa i wdychałam ciężkie, męskie perfumy.

Na szczęście nie musiałam go słuchać, bo „How to Be Alone”, było moją ulubioną lekturą w sobotnie poranki, kiedy jeszcze przewracałam się w szeleszczącej, białej pościeli. I nie tylko ze względu na chwytliwy tytuł, ale eseje skłaniały mnie do relatywnie bystrych rozważań nad tym, gdzie leży granica. W którym momencie, oddajemy swoją niezależność w ręce innych ludzi? I czy w ogóle możemy ją odzyskać?

 Dzięki mojemu zamiłowaniu do książek, mogłam odpuścić robienie notatek, czy nawet słuchanie i mogłam oddać się w stu procentach moim erotycznym (och, jakże erotycznym) fantazjom i posyłaniu w kierunku niespłoszonego profesora coraz to bardziej śmiałych spojrzeń.

Czy flirtowałam?

Oczywiście, że tak.

Ale kto mógł mnie winić, kiedy podświadomość podsuwała mi naprawdę żywe obrazy tego co mogło się wydarzyć między mną i seksownym nauczycielem. Wszystkie, krótkie oddechy, które moglibyśmy dzielić, za zamkniętymi drzwiami jego gabinetu. Uściskach, które zostawiłyby siniaki na udach i ramionach. Ślady paznokci na plecach i pomięte ubrania, które nosiłyby nasz wspólny zapach. Jedyny w swoim rodzaju.

Moja podświadomość miała dobrze udokumentowane doświadczenie w podsuwaniu mi tego typu fantazji.

Pozostałe zmysły obudziły się do życia i każde spojrzenie, które posyłał w moją stronę skłaniało mnie do prężenia się i zagryzania wargi. Niemal czułam ból jakim promieniowałyby moje ramiona i plecy po tym jak rzuciłby moim ciałem na blat swojego biurka. Słyszałam szelest koszuli osuwającej się z subtelnie umięśnionych ramion na podłogę.

Mój oddech stał się trochę krótszy, a podniecenie budujące się u zbiegu moich ud zmusiło mnie do ponownego przełożenia nogi na nogę.

I nagle to poczułam.

Przenikliwe, niepokojące i wyczekujące spojrzenie przesuwające się po moich plecach. I tylko fakt, że nie było wypełnione gorącą nienawiścią, wiedziałam, że osoba, która obserwująca mnie nie jest jedną ze studentek uczęszczających na zajęcia wraz ze mną. Ich spojrzenia przeważnie rzucały sztylety, a zazdrość sączyła się z każdego pora. Były zabawne ze swoimi kompleksami i poczuciem zagrożenia. Nawet nie warte chwili oddechu by reagować.

Ale osoba, która wbijała wzrok w moje plecy była kimś innym. Coś podpowiadało mi, że nie jest to ani zazdrosna studentka, ani napalony frajer, który przypadkiem zapisał się na te same zajęcia co moja osoba.

Mężczyzna obserwujący mnie był kimś innym. I to było niepokojące.

Pożądanie zastąpiło uczucie dyskomfortu – z ludzką nienawiścią sobie radziła, z natarczywymi studentami, również, ale to było coś nowego. Jak cień wyłaniający się  z mrocznego konta pomieszczenia, wyciągający swoje zakończone szponami dłonie by mnie pochwycić.
Manipulacje Modemoiselle, które miały miejsce dnia poprzedniego już wystarczająco wyprowadziły mnie z równowagi. I kiedy mój dentysta zobaczy jak bardzo zdewastowałam swoje zęby przez notoryczne zaciskanie szczęki, to wystawi mi kosmicznie wysoki rachunek.

Od tej kobiety zależało moje przetrwanie w Londynie, a już ona była sporym problemem, który ciężko było kontrolować…

Powierzchnia ławki, w której siedziałam była nieprzyjemna w dotyku. Nagromadzony przez lata brud, utrwalony dodatkowo niedokładnymi zabiegami pielęgnacyjnymi, jakie uskuteczniały osoby odpowiedzialne za porządek w salach wykładowych powodował, że mój żołądek wywijał koziołki w przypływie mdłości. Niemniej, zadbałam by każdy mój ruch był wystarczająco niedbały, gdy obracałam się ku tylnym rzędom.

Och, nie.

Siedział tam i czekał na moją reakcję.
Odrzuciłam zamaszystym gestem włosy i przesunęłam wzrokiem po jego osobie jakbym widziała go pierwszy raz na oczy.

Chłopięca budowa ciała, brązowe włosy rozrzucone w zaczepnym nieładzie, zarost, który sprawiał wrażenie jakby był po prostu efektem dwudniowego rozstania z maszynka do golenia. Wysokie kości policzkowe i uroda elfa. I te niebieskie, skurwysyńskie oczęta. Jedno spojrzenie w te oczy i widziałaś, że zaraz rozkręci się impreza, albo coś się zostanie porządnie spierdolone.

Tylko dla pewności zerknęłam na nogi, które wyrzucił poza ławkę, tak, że gdyby ktokolwiek postanowił skierować się w dół sali wykładowej, najprawdopodobniej potknąłby się o nie.
Podwinięte nogawki czarnych, znoszonych dżinsów i zakurzone vansy. Czarne skarpetki nawet nie zakrywały tatuaży na kostkach. Z resztą podwinięte rękawy marynarki też odsłaniały dotknięte tuszem przedramiona.

Posłałam w jego kierunku filuterny uśmiech i odwróciłam się z powrotem, całym ciałem komunikując, że nie obchodzi mnie kim jest ani jaki jest powód dla którego obserwuje mnie niczym dzikie zwierzę w czasie  polowania.

Sięgnęłam po torbę leżącą na siedzeniu obok i bez słowa zarzuciłam ją na ramie wychodząc z zajęć.

Nawet nie obejrzałam się za siebie by sprawdzić, czy seksowny prowadzący zauważył jak trzęsły się mi dłonie.




________________________________

Boże, jak ja nie lubię Evris. I w ogóle, trochę już nie lubię tego opowiadania. Ale obiecałam sobie, że skończę wszystkie i tak zamierzam zrobić. W przypadku Evris, po prostu zmieniłam całe opowiadanie. :)








sobota, 1 sierpnia 2015

05 Evris: "Being fabulous isn't easy to define."

Widziałam to w jego twarzy. Sekundy dzieliły go od zaproponowania mi bym wróciła z nim do domu. Domu wyglądającego pewnie jak muzeum. Może ubrał się zwyczajnie i dość skromnie, ale sam fakt, że wpuścili go do tego klubu mówił mi, że auto, do którego chciał wsadzić mój zgrabny tyłek, nie było starsze niż rok, a za cenę, którą za nie zapłacił, mogłabym spokojnie opłacić swój czynsz.
Może nie na rok, ale na pół roku na pewno.
Plus widziałam jego zegarek. On nawet nie szeptał, on krzyczał zamożnością.
To jak ocierał się o mnie z coraz większą siłą, to jak z początku niepewny dotyk na moim ciele stawał się coraz silniejszy, momentami wręcz brutalny, mówił sam za siebie. Pragnął mnie, chociaż sam się przed sobą jeszcze nie przyznał. A moje ciało reagowało instynktownie. Chociaż moja praca była czystą przyjemnością, to tego wieczoru nie chodziło o transakcję, czy jakikolwiek układ. To była prosta zależność między dwójką ludzi, która chciała zakopać swoje troski w drugim człowieku. Cokolwiek przywiodło go do tego klubu, jakiekolwiek frustracje nie ścigały go, byłam więcej niż chętna by zakopać  je między moimi udami.
Bezpiecznie można założyć, że jest w życiu kilka rzeczy pewnych. Na przykład to, że wszyscy umrzemy. Można się karmić naiwnymi złudzeniami, że to czego dokonamy w życiu będzie trwać wiecznie i przez pokolenia nasze imię będzie powtarzane przez miliony ludzi. W końcu każdy ma niezaprzeczalne prawo zmarnować sobie życie, wierząc w te bzdury. Ale prawda jest jedna i ta sama – wszyscy umrzemy. Prędzej czy później każdy z nas będzie pogrzebany pod kilkoma porządnymi warstwami piachu i zapomniany przez tych, którzy zagryzając walki przyrzekali, że będą pamiętać. Prędzej czy późnie – to naprawdę nie ma znaczenia.
Można też bezpiecznie, że życie pieprzy nas wszystkich równo. Każdy człowiek chociaż raz w  swoim życiu został wyruchany. Jestem więcej niż przekonana, że utrzymują oni te wymuskane idealne fasady, zapewniając każdego, kto skory jest słuchać, że ścieżka ich życia została wybrukowana samymi sukcesami.
Nigdy nie dawałam się zabrać na taki brak szczerości i oderwanie od realizmu. I jeśli zdarzył się taki przypadek, że zależało mi na jakiejś osobie doradzałam jej to samo.
Więc pewne rzeczy w życiu są pewna. Inne – już mniej.
Kiedy wybierałam klub  na pierwszą lekcję Fly nie przejmowałam się zbytnio tym do kogo należy Funky Buddha. W szczególności, że nie zadawałam się z prostytutkami, które nie należały Modemoiselle. Założyłam, że moja obecność po prostu wypłoszy te pozbawione klasy i obycia marionetki i wieczór będzie opływał raczej w przyjemności niż ich odwrotność.
Apetyczna kreolka, wysoka blisko na  pięć stóp mignęła w granicy mojego wzroku. To pewnie powinno mnie zaalarmować. To w jaki sposób trzymała ramiona, albo jak barman odwrócił wzrok widząc jej pyszałkowatą minę, mówiło wiele. Była jedną z tych niezależnych eskort, które miały listę swoich klientów i swój teren łowiecki, na którym nie chciały widzieć nikogo poza sobą. Uważałam to za kompletnie bezczelne posunięcie, ale niektóre kobiety nie  znajdą się nawet blisko pewnych sfer społecznych by zrozumieć delikatność pewnych powiązań. Byłam powyżej ich małostkowym pragnieniem zdobywania władzy. Dlatego też nie miałam absolutnie żadnego pojęcia, że to apetycznie wyglądające ciało, obleczone skórą barwy czekolady to ciało, które rościło sobie prawo do zaglądania w portfel każdego gościa, który wyglądał jakby cokolwiek miał w tym portfelu.
Jej ramie otarło się o moje w ostrzeżeniu nim obróciła się z furią w swoich ciemnych tęczówkach. Gdybym miała więcej czasu, pewnie nawet zdążyłabym zauważyć, że jest atrakcyjna w ten specyficzny, egzotyczny sposób.  Ale nie miała,,  bo atak rozpoczął się jak tylko stanęłyśmy twarzą w twarz.
-Musisz mieć tupet, pokazując się tu bez pozwolenia ze swoją szmatławą koleżanką.
Wiedziała, że przyszłam do klubu razem z Fly. Albo powiedział to jeden z barmanów, którzy jak zwykle nie potrafili utrzymać języka za zębami. Jednak to nie był problem. Problem stanowiło to, że nie miałam bladego pojęcia co podkusiło ją do przypuszczenia, że obrażenie tej małej przybłędy z kraju złodziei oraz banitów jakkolwiek na mnie wpłynie. Widziałam w jej zaczepnym, wulgarnym spojrzeniu, że czeka na mój wybuch. Ale szczerz e – w środku odczuwam tylko zimną obojętność, otoczoną delikatnym rozdrażnieniem, ponieważ przez jej małą scenę czas, który dzielił moment, w który moje ubrania spotkają się z podłogą tego przystojnego mężczyzny za moimi plecami  zdecydowanie się wydłużył. Ale nie byłą to irytacja, która odbiłaby się na mojej twarzy.
Jej zachowanie było absurdalne i równie niepoważna cześć mojej osoby pragnęła wyprowadzić ją z błędy. Ale to byłą malutka część mojej osobowości. W większość we mnie chciała ją zdeptać jak paskudnego robala wprost z kanalizacji, którym w moich oczach była.
Zsunęłam dłońmi po przedramionach mojego towarzysza, który zaniepokojony, w obronnym geście objął moje biodra i spoglądał na czarnoskórą ponad moim ramieniem. Ten czuły gest został nagrodzony pomrukiem, który wywołał dreszcz podniecenia biegnąc wzdłuż mojego kręgosłupa.
-Wiem, że myślisz, że jesteś panią tej ulicy, bo padasz na kolana za pięćdziesiąt, a na plecy za sto. Jesteś przekonana, że jedno twarde spojrzenie dziewczyny ulicy starczy by przekonać wszystkich, że jesteś niekoronowaną królową dziwek na Berkley. – Powiedziałam po tym, gdy zarzuciłam jej swoje szczupłe ramiona na jej.  Robiłam wszystko by przytłoczyć ją swoją osobą wysoką na pięć  stóp i dziesięć cali. – Wiem też, że nie tak to sobie zaplanowałaś. Myślałaś, że szturchniesz mnie ramieniem, a ja zawinę pod siebie ogon i pobiegnę do najbliższego wyjścia.
-Co ty, kurwa… - próbowała mi przerwać.
-Shhh… - Przyłożyłam jej palec do warg. – Nieładnie jest przerywać.
Rzuciłam uspakajający uśmiech w kierunku tego powalająco przystojnego mężczyzny, z którym tańczyłam chwilę wcześniej. Nie przestał jednak przyglądać się nam z niepokojem gotowy w każdej chwili wkroczyć i powstrzymać wydrapywanie oczu.
-Ciekawi mnie tylko jedno. Za ile zaszczekasz i pozwolisz mi cieszyć się moim wieczorem? Czy wystarczy, że obiecam zapomnieć, że ta sytuacja się wydarzyła?
-Myślisz, że się ciebie boję? Za kogo ty się masz, suko?
Niektórzy ludzie marzą o tym by żyć w filmie. Porównują się Holly Golightly wierząc, że i je ktoś uratuje w strugach deszczu od nich samych. Nie żeby takie złudzenia tyczyły się mnie. Niemniej, dokładnie w tym momencie, w którym ta impertynenta dziewczyna zapytała się mnie o imię, kompletnie z nikąd zjawiła się Fly wraz ze swoją horrendalną burzą blond włosów.
-Evris! Udało mi się!
Chwilę zajęło mi zrozumienie z jakiego powodu jest tak podekscytowana i dlaczego z każdego pora jej skóry tryska samozadowolenie. Dopiero po chwili, której długość była obrazą dla mojej inteligencji, przypomniałam sobie z jakim zadaniem ją zostawiłam.
Moje małe tet-a-tet musiało zająć więcej czasu, niż sądziłam, skoro dziewczyna zdążyła już przelecieć bogu ducha winnego mulata. Miałam tylko nadzieję, że zarobiła na tym więcej niż przeciętna stawka szmaty, która popsuła mi wieczór.
Znajdując siebie w kretyńskiej sytuacji, gdzie napalony mężczyzna o nieziemskich, brązowych oczach stał za moimi plecami, prosta, nieskomplikowana i absolutnie zaszokowana czarnoskóra wywłoka stała przede mną i entuzjastyczną Fly w tej samej przestrzeni, poczułam jak całe podniecenie ze mnie odchodzi.
Kreolka, która właśnie usłyszała moje imię straciła całą pewność siebie, a jej ramiona opadły. Widziała, że jej stopy gotowe są czmychać czym dalej ode mnie. Z nieznanego mi powodu wiele prostytutek, które nie należy do Mademosielle, właśnie tak na mnie reagowały. Strach był oczywiście bezpodstawny, bo nikomu w życiu fizycznej krzywdy nie wyrządziłam. Inaczej sprawa się miała z przemocą psychiczną, ale to nie powód by zachowywać się tak jakby Yeti wkroczyło do pomieszczenia.
Mając dość żałosności sytuacji, w której się znalazłam, rzuciłam do kreolki:
-Poza tym, kretynko, to było dla przyjemności, nie dla pieniędzy.
I nie poświęcając nawet spojrzenia mężczyźnie, który miał stać się moją nocą, a w tamtej chwili stał się przeszłością, chwyciłam Fly za dłoń i pociągnęłam przez roztańczony tłum w kierunku wyjścia. Gdybym chciała wiedzieć pewnie zastanowiłabym się co jest powodem jej diabolicznego grymasu. Ale na boga, im mniej wiedziałam o tej dziewczynie tym lepiej.

***

Od pięciu minut próbowałam złapać taksówkę. Barkley zazwyczaj o tej porze była pełna czarnych pojazdów z białym napisem „taxi” na drzwiach, ale jak na złość , kiedy z irytującą blondynką opuściłyśmy klubu wszystkie w niewyjaśniony sposób znikły.
Skazana na towarzystwo Fly próbowałam ją ignorować. Ale to było jak ignorować muchę w pomieszczeniu całego majątku dziewięć metrów kwadratowych. Bezcelowe i bez sensu. Nic tylko chwycić teksański tasak i spróbować odrąbać głowę owada lub swoją.
Po minutach spojrzenia, które upiększone było uśmiechem pełnym wyższości (który miałam ochotę zetrzeć z tej jej ślicznej twarzy) nastąpiła niekończąca się opowieść o jej przygodach z ciemnowłosym mężczyzną. Mężczyzną, którego już gdzieś widziałam, co mogłam przysiąc. O gdyby nie krocie, które wydałam na doprowadzanie mojego uzębienia do idealnego stanu zgrzytałabym zębami. Plus, moja matka całe dzieciństwo wpajała mi, że damy się tak nie zachowują. Więc stałam przed klubem, w którym niemal zostałam upokorzona, ręką bolała mnie od ciągłych prób zachowania taksówki, a ta nie zamierzała przestać paplać. Odczuwając również frustracje seksualną  z powodu obietnic, których spełnienia się nie doczekam byłam w morderczym nastroju.
I ponownie, jak za sprawą plany scenarzysty, który uczynił z mego życia komediodramat, z drzwi klubu wypadł mój idealnie zbudowany towarzysz. Jego spojrzenie leniwie przebiegło po palących nastolatkach rozstawionych w nielicznych grupkach na chodniku, aż dotarło do mnie. I nagle zobaczyłam jego przystojną twarz dokładnie. Jakże zabolało mnie w dołku z powodu tej straconej okazji.
Nie zważając na wciąż paplającą Logan, podeszłam do nieznajomego seksownie kręcą biodrami i ściągając wzrok napalonych nastolatków wyglądających jakby urwali się z planu Skins. Zadowolony z siebie czekał na mnie. Nawet się nie ruszył. Walka o to, kto tak naprawdę pociąga za sznurki była interesująca, ale nie była dla mnie niczym nowym. Więc był dominującym człowiekiem? Cóż, to czyniło moje rozczarowanie jeszcze gorszym. O ile to było możliwe.
Staliśmy twarzą w twarz. Zmuszona byłam zadrzeć delikatnie głowę do góry z powodu różnych wzrostu. Widząc zachętę w jego oczach, pewnym ruchem przeniosłam swoją dłoń na jego potylicę i drapieżnie chwyciłam szczękę drugą. Nie czekałam na jego ruch. To była moja gra i byłam w niej najlepsza. Pocałunek był tak agresywny jak moje poprzednie ruchy i jak rządza buchająca wewnątrz mnie.
 Usta ścierały się zaciętej walce. Raz jego warga była między moimi, a w drugiej chwili to on ssał zażarcie moją. Nasze języki ocierały się o siebie niczym leniwe koty, kiedy to każda strona próbowała przyciągnąć drugą wewnątrz. W pewnym momencie poczułam krew, ale nie mogłam stwierdzić do kogo ona należy. Liczyło się tylko to pożądanie, które ciągnęło moje biodra do jego.
-Evris! Taksówka czeka.
Z najbardziej niewinnym  pocałunkiem na jaki było mnie stać odsunęłam się od niego i równie przekomarzającym się uśmiechem wycofałam się kilka kroków by w końcu się odwrócić zupełnie. Ale nim zaszczyciłam seksownego nieznajomego widokiem moich pleców, zdążyłam dostrzec jak szczepce moje imię.
-Evris…
Cóż, to nie był tak do końca zmarnowany wieczór.

***

-Zdecydowanie, nie. Na pewno nie. To się nie wydarzy. –Oznajmiłam zdecydowanym tonem, kiedy stanęła w nogach mojego łóżka i przemierzyła się do ściągania spodni.  – Jeśli sądzisz, że teraz położymy się razem do lóżka i będziemy zwierzać z najskrytszych sekretów, to muszę Cię rozczarować. To się NIE wydarzy.
-Och, skończ jęczeć. – Zbyła mnie wykonując niezwykle irytujący gest swoją przesadnie zadbaną dłonią.
Kiedy obie układałyśmy się w mojej popielatej, satynowej pościeli, mruknęłam tylko:

-Lepiej byś miała ogolone nogi. 



--------

Och, och, och.

Po czasie dłuższym niż pół roku, w końcu (!!!) udało mi sie coś napisać.
Jestem tak podekscytowana tymi... 5 stronami, że wrzucam je tutaj bez poprawek. A te, przysięgam!, zrobię jutro.
Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba się cieszy na kolejny rozdział przygód Evris.
Rozdział jest dość beznadziejny. Pewnie ktoś mógłby się spodziewać większego rozwoju akcji. Ale trzeba pamiętać, że to rozdział z perspektywy Evris, a ona jednak ma specyficzną osobowość.

Dobra, idę spać, bo o 5 trzeba wstać.
Całuję!
M. 






poniedziałek, 11 maja 2015

Dlaczego?!

Bo jestem suką.

Nie, tak na prawdę musiałam zacząć pracę na pełny etat, przerzucić się na indywidualny tok studiów i napisać pracę dyplomową. Kiedy wstaję o 5:30 rano by na 7:00 być w pracy, z której wychodzę o 14:00 by o 16:00 zasiąść do nauki i pisania pracy, oraz przygotowywania się na egzamin SGH, które kończę koło północy lub pierwszej w nocy, nie mam czasu pisać. Po prostu nie mam. Nie ważne jak dobrze rozplanuje sobie to w kalendarzu, z ilu wizyt na siłowni zrezygnuje, czy nie zjem obiadu.

NIE MAM CZASU.

To nie brak chęci czy szacunku. Po prostu brak czasu.

Jeśli ktoś chce doczytać tą historię do końca, możliwe, że końcem czerwca znajdę trochę czasu. Ale raczej nie będę tego tu publikować.

Chociaż... kto mnie tam wie?

W razie pytań, proszę pisać e-maile. Na tt, czy asku już raczej nie bywam. Ponownie, z braku czasu.


Dziękuję za wspaniały czas jaki spędziliśmy dotychczas i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mieli szansę przeżywać wspólnie perypetie tych bohaterów.

Caluję,

Maura

piątek, 20 lutego 2015

04: Liam "Give me a mask, and I will tell the truth. "


Byłem więcej niż pewny, że się przesłyszałem. Cała ta gadka Zayna wychwalająca moją osobę była naprawdę wzruszająca, ale ostatnie zdanie sprawiło, że szczerze zacząłem wątpić w zdrowie psychiczne przyjaciela. Właśnie wtedy, wśród przytłumionych klubowych świateł i ciągle unoszącego się dymu, gdzie kelnerki miały zdecydowanie za krótkie spódniczki uświadomiłem sobie jak bardzo pozbawiony skrupułów jest mój przyjaciel. Dobra, wiem, powinienem użyć słowa: popieprzony. Byłoby bardziej adekwatne. Nie miałem pojęcia skąd mogło mu przyjść do głowy, że zniżyłbym się tak nisko by przespać się z kimś kto zarabia w ten sposób.

Już nie chodzi o kwestie etyczne, ale źle bym się czuł wiedzą, że mój penis znajduje się w miejscu – co prawda nieziemsko ciepłym i wilgotnym – w którym było więc niż wiele innych przed nim. To kwestia męskiej dumy i instynktu zdobywcy. Pamiętałem bardzo dobrze jak bardzo irytowało mnie to, że Sophia nie jest dziewicą. Wiem, że naiwnym było z mojej strony oczekiwanie, że dziewczyna taka jak ona pozostanie nietknięta do swoich dwudziestych czwartych urodzin, kiedy ją poznałem. Nie z takim wyglądem. Była szczupłą brunetką o zmysłowej twarzy. Jej dłonie i nogi były tak smukłe, że spokojnie zamykałem w dłoni jej ramię. Chociaż jest to dla mnie niepojęte, jakim cudem, przy tak wiotkim ciałku nadal miała krągłości. I to krągłości, które doprowadzały mnie do szaleństwa. Mogłem uchodzić za świętego, albo wyglądać na takiego, ale nadal pozostawałem mężczyzną. A mężczyzna ma swoje potrzeby.

Rozmowa z Malikiem tylko uświadomiła mi jak bardzo zaniedbałem tą…. Ten aspekt swojego życia.

Po powrocie do domu długo nie mogłem zasnąć. Przesuwając się z jednego końca łóżka na drugi, każdy szelest pościeli pode mną uświadamiał mi, że mój związek z Sophią Smith był od dłuższego czasu po prostu fikcją. Nie kochaliśmy się od roku, a jedyna czułość na jaką mogłem liczyć z jej strony to objęcie i pocałunek w towarzystwie kamer. Byłem głupi i naiwny wierząc, że to miłość. Zayn ostrzegał mnie przed kobietami takimi jak ona, ale ja nie słuchałem. Bo ile miałem lat, gdy ją poznałem? Dwadzieścia dwa lata. W gruncie rzeczy wciąż byłem naiwnym szczeniakiem. Dwa lata później, gdy samotnie wpatrywałem się w sufit nawet gustowna biała boazeria wydawała się ze mnie kpić.

Sophia byłą uroczą dziewczyną, gdy ją poznałem. Z delikatnie wysuniętą dolną wargą, ale to tylko dawało jej uroku, gdy się uśmiechała. Po roku jednak szkielety zaczęły wypadać z szafy. Na jej urodzinach nie znalazłem się przez przypadek. Znajoma ojca zabrała mnie jako swoją osobę towarzyszącą dlatego, że ojciec panny Smith naciskał na nią. Powód był prosty: Przedsiębiorstwo ojca mojej dziewczyny było na skraju bankructwa, a szanowny pan Payne nie chciał udzielić staremu przyjacielowi pożyczki bez korzyści dla siebie. Wiecznie manipulujący i kontrolujący wszystko ojciec sprzedał mnie w nadziei, że związek z nią będzie dla mnie motywacją by więcej czasu poświęcać studiom i „ustatkować się”. Nie była to wizja bardzo odpychająca, ale do pociągających też nie należała.

Słońce przedzierało się przez kuchenne, śnieżnobiałe firany, które gospodyni traktowała z wyjątkową troską, jakby najmniejsze odchylenie od śnieżnej bieli było ujmą na jej honorze. Gdy z ręcznie malowanej porcelany jadłem śniadanie wątpliwości i rozważania dotycząca sposobu w jaki żyłem nadal mnie nawiedzały. Może gdzieś po drodze zgubiłem radość z życia? Pozwalałem sobą sterować i modelować się na kształt jaki każdy chciał zobaczyć. Poza tym korzystanie z usług prostytutek nie było niczym nowy w naszym społeczeństwie. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt nie mówił, a skandale ucichały tak szybko jak się pojawiały przytłoczone siłą pieniądza.

Widelec zawisł w połowie drogi do moich ust, gdy nieziemsko piękna Sophia wkroczyła dumne do wykładanej kafelkami kuchni. Od stukotu jej cholernych obcasów bolała mnie głowa, a nie zaskarbiła sobie też  mojej przychylności tym co rozbiła po wkroczeniu do pomieszczenia: Bez słowa rozsiadła się naprzeciw mnie i bezczelnym gestem zażądała od gospodyni posiłku. Biedna kobieta aż się skrzywiła na taki brak szacunku. Nie mogłem nic poradzić – pięść sama ścisnęła się pod stołem. Jednak Sophia była gościem w naszym domu i nie mogłem jej urazić.

-Nie uważasz, że to było cokolwiek niemiłe? – zapytałem, nie pozwalając by złość odzwierciedliła się w moim tonie.

Rozmowa z tą dziewczyną była jak stąpanie po cienkim lodzie, a na wszczynaniu awantury znała się jak nikt inny. I jeśli miałem wybór to wolałem nie ryzykować.

Przeliczyłem się licząc na jakąś odpowiedź. Brunetka posłała mi zimne spojrzenie i zaczęła przebierać w misce owoców, prawdopodobnie gotowa by zacząć wybrzydzać. Pewnie powinienem zachować się jak prawdziwy mężczyzna i uprzedzić ją by nawet nie próbowała. Ale wszczynanie wojny, nie było celem na tamten dzień. Mogłem czuć się zirytowany jej zadzieraniem nosa, ale z drugiej strony…

-Na dzisiejszą imprezę u Horana wybrałam grantową sukienkę z jedwabiu, więc bądź tak miły i nie upokarzaj nas ubierając starą wyświechtaną skórę jak ostatnim razem. – upomniała mnie lodowatym tonem, bez śladu czułości. Zupełnie jakby omawiała kwestię zakupu nowego dywanu, czy lakieru do paznokci. Mimo, że pokazała się dosłownie chwilę wcześniej już szukałem na obrzeżach swojej świadomości jakiejkolwiek wymówi by opuścić jej towarzystwo.

-Nie wiedziałem, że mieliśmy w planach kolejne idiotyczne przyjęcie, którego jedynym celem jest parada próżności i wyrzucanie pieniędzy w błoto przez organizatorów.

-Horanowie są bardzo istotnym filarem społeczności. – Przypomniała mi takim tonem, jakbym był dzieckiem  upierającym się przy swoim błędzie. – Poza tym, wydawało mi się, że lubisz Nialla.

-Nie w tym rzecz! – Serio, będzie teraz obracać moje słowa przeciwko mnie? Wydawać by się mogło, że porzuciła wszelkie próby utrzymywania pozorów szacunku dla mnie. – Poza tym nie da się nie lubić tego irlandzkiego ziomka. To fizycznie nie możliwe.

Nie przesadzałem. Niall Horan członkiem obrzydliwie bogatej irlandzkiej rodziny, która w dwutysięcznym dziesiątym roku utworzyła filię swojej firmy consultingowej na terenie Londynu. Na czele zarządu nowego centrum stanął starszy z braci, a pod koniec dwutysięcznego drugiego roku do kadry menadżerskiej dołączył, młodszy – Niall. Rozpieszczony do granic możliwości, uwielbiał być w centrum uwagi i zarażał swoim entuzjazmem i postawą lekkoducha. Jeśli udało się utrzymać uwagę blondyna na więcej niż pięć minut, musiałeś być piekielnie dobrym rozmówcą.
-Więc nie marudź już! – ucięła moja „ukochana” dziewczyna.

Pod jej zdegustowanym spojrzeniem mogłem jedynie się skulić niczym zbity pies i wrócić do swojego posiłku. Po raz kolejny naginałem się do woli innych. Nawet nie próbowałem walczyć o siebie. Zbyt uprzejmy, zbyt łagodny by stać murem za własnymi wartościami. Nauczony kryć się w cieniu, gotowałem się ze złości  czekając aż zostanę sam by zwerbalizować swoją furię.

Nic nie było w porządku. Nic. Ale i tak pozostawałem cicho. Tak jak należy.

***
Z korytarza dobiegały mnie podniesione głosy pracowników kancelarii ojca i szuranie nerwowe butów.
Nic nadzwyczajnego – kolejny zwykły dzień pracy, dla przerażającego despoty. Gdyby Payne senior nie był zagorzałym monarchistą, z pewnością byłby zwolennikiem tyranii. Niestety w wyższych sferach monarchia, królowa i cała rodzina królewska stawiana byłą wyżej niż własne życie, opcje mojego ojca były ograniczone.
Rozejrzałem się po swoim zbyt kosztownie urządzonym biurze. Masywne meble z machoniu, pozłacane klamki i opasłe tomy, których nikt nigdy nie otworzył. Służyły głównie jako wystrój pokoju i miały w klientach budzić respekt i poczucie, że znam się na pracy która wykonuje. Nawet jeśli mijało się to z prawdą. Nawet jeśli mijało się to z prawdą w stopniu znacznym. Świat brytyjskich prawników był skomplikowany. Można to było zbywać cynicznym humorem, tak charakterystycznym dla mieszkańców wysp, ale prawda była taka, że wśród najlepszych kancelarii prawniczych toczyła się zaciekła walka o to, kto dołączy do zaszczytnego grana tych nielicznych wybrańców, którzy mogą nazywać się Adwokatami Królowej. Ci, którzy odebrali jedwab[i] uzyskiwali nie tylko wymierne korzyści majątkowe, ale też prestiż  1)wśród tych, którzy i bez żadnych wyróżnień zadzierali nosa.
Pomieszczenie było szarawe. Nie można było za to winić jedynie Londynu, który swoim zwyczajem nagradzał nas pogodą, której uniesposób było nazwać słoneczną. Wszystko w moim gabinecie było po prosu nudne. Godzinami przeglądałem stare sprawy ojca, próbując chociaż szczątkowo odnaleźć w sobie pasje do tego by w sposób sprawny lawirować wokół już ustanowionych przepisów i w przebiegły sposób, niczym lis w potyczce z krukiem[ii], tak omamić przeciwną stronę by wygrać sprawę. Bo to właśnie się dla mojego ojca liczyło. To i tylko to. Kto w ostatecznym rozrachunku był wygranym.
Bieganina była normalna w tej kancelarii. Wszystkim aplikantom podeszwy się paliły w konkursie na włażenie w dupę ojcu. Ale w hałasie, który dochodził z korytarza było coś więcej niż tylko wygłodniali absolwenci szkół prawniczych próbujący dogonić wózek z resztkami po lunchu, bo spłacanie kredytu studenckiego pochłaniało lwią cześć ich śmiesznych zarobków. Hałas dobiegający zza drzwi był przepełniony nerwowością i co najmniej panika. Tak więc do mojego podłego nastroju spowodowanego porannym starciem z Sophią, doszedł strach. Zupełnie jakby moje życie nie było popieprzone na wystarczającą liczbę sposobów i bez tego.
Zbierając w sobie to co pozostało z jego pewności siebie, rozjechanej na asfalcie życia przez walce z wypisanym na boku Sophia Smith, śmiało chwyciłem za pozłacaną klamkę, w ostatniej chwili przypominając sobie, że uśmiech jest zakazany na powierzchni  nieruchomości opłacanej przez Geoff’a Payna .
Pięć metrów ode mnie stał mój ojciec z brunetem, któremu na ustach tańczył zuchwały uśmieszek. Zalała mnie fala niechęci do tego mężczyzny. Wyprostowany, z wysuniętym podbródkiem, jakby w kieszeni trzymał klucz do wszystkich drzwi świata. Brwi wygięte w lekceważący sposób, zupełnie jakby znał odpowiedzi na wszystkie pytania i uważał za zabawne fakt iż inni nie posiadają takiego samego zakresu wiedzy. Jednym słowem, reprezentował sobą wszystko to, że nienawidziłem w ludziach. Brak szacunku dla reguł i poczucie wyższości.
                Krótka rozmowa między nim, moim ojcem i starszym wspólnikiem kancelarii, uświadomiła mi, że oto przede mną stoi nowy nabyte w firmie ojca. Kolejna rybka w akwarium, która będzie napędzać ogromne koło rywalizacji i wzajemnego wbijania sobie noża w plecy.
                -Liam, synu, dobrze, że cię widzę. – Ojciec mówił tonem, który nie był ani groźny, ani przyjazny. Wyważony, równy tembr, który świadczył o jego przewadze nad innymi. Przytłaczający w całej rozciągłości znaczenia tego słowa. Jeśli charakter byłby jabłkiem na gałęzi drzewa, to osobowość ojca przechyliłoby gałąź do ziemi, nagięło pień do swojej woli i wyrwało korzenie z ziemi. –Ten oto zdolny nowy człowiek, będzie od dzisiaj pracował z tobą, jako młodszy asystent. Parlament, który sprawuje władzę w imieniu Jej Królewskiej Mości, powierzył nam bardzo ważną sprawę podatkową. Najlepsi, którzy wykażą się w niej mają szansę na moje poparcie w obieganiu się o jedwab. Wiem, że zajmują cię wszystkie inne sprawy, niż te, które należą do twoich obowiązkó2)w. Mam tu na myśli, bez mała, dbanie o dobre imię rodziny Paynów. Uwzględniając twój brak szacunku dla mojej pracy, postanowiłem, że ten – jakże ciężki – obowiązek podzielisz z naszym nowym współpracownikiem.
Trzeba to było mojemu ojcu: potrafił nazwać człowieka śmieciem i nawet nie zająknąć się przy tym. Potrafił tak zmieszać człowieka z błotem, że brzmiało to jak wyrozumiała przysługa z jego strony. Sophia Smith wymościła mu trumnę, ale to jego ojciec był tym, który wbił w nią gwóźdź.
                -Liam, poznaj Louisa Tomlinsona.
***


Zayn Malik był wybredną osobą. Co najmniej.
Właściwe jego wybredność przybrała taką formę iż zaistniała potrzeba stworzenia nowego słowa by oddać to jakim ludziom i sprawom poświęcał swoją cenną uwagę.  Ekstremalną formę jego wybredności można było poznać, kiedy coś – lub ktoś – próbowało wyrwać go z objęć pięknej kobiety. Bo tylko w takich gustował. Długonogich, zadbanych, nieskomplikowanych i, co przyjmował z ulgą, naiwnych. Ale o tym innym razem.
Ustaliliśmy już, że jeśli Zayn Malik miał w planach uprawiać seks danego wieczoru, jedynie zdarzenie bliskie cudu mogło go od tego odwieźć.
I cud się stał. Kiedy sięgał do stolika nocnego, gdzie trzymał prezerwatywy ujrzał na wyświetlaczu telefonu wiadomość od przyjaciela nie wahał się ani chwili. Mimo nabrzmiałej męskości i krwi krążącej z prędkością konkordat w jego żyłach, kurtuazyjnie przeprosił swoją towarzyszkę i obiecał zadzwonić. (Powiem wam w sekrecie, że obietnicy nie dotrzymał.) Swoje długie nogi wsunął w czarne dżinsy, a na muskularne, opalone ramiona zarzucił czarną koszulę. Poklepując kieszenie w celu sprawdzenia, czy wszystkie niezbędne gadżety, portfel oraz kluczyki są na swoim miejscu, wyszedł z mieszkania pogwizdując z zadowoleniem.
    NADAWCA: Payne
                DATA: 03.10.2014
 „Masz rację. Muszę pokazać wszystkim, że nie mogą bawić się  mną jak zabawką. Ty i ja. Dzisiaj. Klub. Alkohol. Dużo alkoholu. ”









[i] Odnosi się to do potocznego określenia na Queens Consuel „taking silk”, które jest związane z tradycyjnym strojem noszonym przez adwokatów nagrodzonych nagrodą o tej nazwie.
[ii] Bajki La Fontaina. Nie mam pojęcia czemu przypisuje się autorstwo tej bajki Krasickiemu, skoro tylko ją przełożył. Sprawnie, bo sprawnie, ale sam pomysł jest zabawny. Poza tym pięknie brzmi w oryginale.





Przepraszam! Przepraszam, że nie było mnie tutaj tak długo. Obiecuję już za niedługo zabrać się za wasze blogi.
Przepraszam! Przepraszam za ten rozdział. Pisało mi się go ciężko. Mogę miejscami nie oddawać dobrze klimatu. Jest drętwy, łatwy i prosty. Ale wiele powodów się złożyło na to, że Liam zgodził się na propozycję Zayna.
Najlepsza część rozdziału moim zdaniem to końcówką. Jak sobie wyobrażałam nagiego Malika. Mam nadzieję, że i wam jego nagie ciało przemknęło przez myśl. 

niedziela, 1 lutego 2015

Oooops...!



Kochani czytelnicy!

NIE porzuciłam tego opowiadania. NIE zawiesiłam go z powodu braku weny. NIE zawiesiłam go z powodu wydarzeń w moim życiu. W ogóle go NIE zawiesiłam. NIE jest to też popisowy numer w moim szerokim wachlarzu okazywania braku szacunku, o który ostatnio jestem notorycznie oskarżana.
NIE, NIE i jeszcze raz NIE.
Brak wieści ode mnie, czy nowych rozdziałów wynika z tego, że mój laptop jest w naprawie. Utknął w limbo serwisów naprawczych, ślizgając się na gwarancji. Potrwać to może długo, bo wczoraj go otrzymałam powrotem i okazało się iż pracownicy serwisu zaniedbali swoją pracę i nie naprawili go, albo wymienili złe podsystemy. W każdym razie, korzystam z pożyczonych sprzętów i nie mam dostępu do swoich opowiadań, ani materiałów na przyszłe rozdziały.

Kiedy więc pojawi się nowy rozdział? Nie mam pojęcia. W dniu, w którym otrzymam swój laptop sprawny na pewno zabiorę się za pisania. Do tego momentu niestety nie mogę nic zrobić.
Dziękuję wszystkim, którzy nadal o tym opowiadaniu pamiętają i czekają na kolejne rozdziały. Wasza wiara we mnie oraz każdy komentarz, który zostawiliście OGROMNIE wiele dla mnie znaczy.
Póki co można się ze mną kontaktować via tt @ever_sway lub mailem maura.kucharzak@gmail.com
Ściskam was i bardzo przepraszam iż musicie czekać.

M.K

wtorek, 18 listopada 2014

03 Evris "I will bury my lonliness in your body."

Drzwi nie zdążyły się porządnie zamknąć za Modmoiselle, a ja już waliłam wściekle pięściami w poduszki. Relaks jaki zapewnił mi dziki seks zeszłej nocy zastąpiony został frustracją. Tylko szacunek do własnej osoby powstrzymywał mnie przed krzyczenia w niebogłosy. I szczerze – brakowało mi tylko kilku chwil do tego by wierzgać ze złości nogami. Ale te przeklęte kończyny były tak piekielnie długie, że obawiałam się je połamać. Zrezygnowana wcisnęłam twarz w białe poduszki i próbowałam uspokoić swój oddech. Czy byłam zadowolona? W żadnej mierze. Klamka zapadła, w chwili, gdy Madmoiselle podjęła decyzję i wszelkie próby oporu były bezcelowe. Jedyne co zostało w mojej kwestii to uczynić z życia tej dziewczyny piekło. Pytanie tylko, po co? Skoro i tak byłam na nią skazana, to mogłam wykazać się chociaż szczątkową empatią i w bezbolesny sposób zaprezentować jej nasz skomplikowany świat wysokich stanowisk i nisko zawieszonych sportowych aut. Dla mnie to było proste jak oddychanie, ale dla niej niekoniecznie. Minęły wieki kiedy nauczyłam się odróżniać garnitury Toma Forda od tych włoskich jak chociażby Ermenegildo Zegna[i] i przyswoiłam nazwiska parlamentarzystów na tyle dobrze, że mogłabym recytować je przez sen. Nie wspominając już o tych wszystkich zasadach, o których nie można zapomnieć obcując z Madmoiselle. Ja? Cóż… Moje zachowanie w stosunku do pracodawczyni było dalekie od tego, którego wymagała od pozostałych dziewczyn. Ale my dzieliłyśmy tajemnice. Znałam jej sekret, ona znała mój. Każda z nas coś na siebie miała, a to czyniło z nas prawie przyjaciółki. Tak, znaczące jest tutaj „prawie”.

Więc tak, w zaistniałych okolicznościach i jako istota ludzka powinnam była pomóc tej dziewczynie kimkolwiek była. Ale nie miało najmniejszego sensu się oszukiwać. Do furii doprowadzał mnie fakt, że miałaby oddychać tym samym powietrzem jak ja.

Tolerancja była wysoce przeze mnie szanowana i ceniona. Fundamentem wielu relacji i stosunków międzynarodowych było właśnie poszanowanie dla odmienności drugiego człowieka. Poza tym, historia udowodniła, że tolerancja była przedmiotem walki od wielu lat i nie chciałam w żaden sposób uwłaczać tej idei. Problem leżał w innej kwestii:
                Przyzwyczajenie jest jak choroba. Na początku próbujesz ją zwalczać, ale gdy nawroty nie ustępują, po prostu się poddajesz. Przyzwyczajasz się do swoich małych dziwactw, jak do samotności, chociażby. Wiesz, że twój mały świat należy tylko do ciebie wiec nie czujesz winy w pozostawionych szpilkach na środku przedpokoju. Tak samo kiedy chodzi o idealny odcisk twoich ust, wykonany zabójczo czerwoną szminką na lustrze w przedpokoju. Kiedy masz ochotę milczeć – milczysz. Kiedy masz ochotę upić się do nieprzytomności i masturbować na stole w kuchni – robisz to. Taką formę przybrało moje przyzwyczajenie. Od czterech lat mieszkałam sama. Odcięta od swojego starego życia, od rodziców i ludzi których nazywałam przyjaciółmi. Gardzę współczuciem, ale pewnie to właśnie uczucie dotyka osoby, które odkrywają jak bardzo samotne jest może życie. Nie żeby mi to przeszkadzało! Skąd! Kocham swoją samotność. Naprawdę. A dzięki pracy dla Modmoiselle mogłam się z niej wyrwać w każdej chwili. Miałam też znajomych z uniwersytetu, których trzymałam na bezpieczny dystans by nie odkryli czym są moje poza programowe zajęcia. Aczkolwiek odnajdowałam komfort w byciu samą ze sobą. Kontemplowałam świat po swojemu i chłonęłam go bez parcia i oczekiwań grupy społecznej. Byłam ponad tym.

I teraz ta moja wolność miała się skończyć. Bez mojej zgody czy przyzwolenia miałam nawiązać najbliższą więź, od czasu gdy opuściłam dom rodzinny ciągnąć za sobą pojedynczą, skórzaną walizkę. Nie było ucieczki przed tym. No bo i dokąd miałabym pójść? Ja i ta dziewczyna – kimkolwiek ona była-  należałyśmy do tajemniczego świata ekskluzywnych prostytutek, a to wiązało silniej niż krew. Znałam jej imię, miałam poznać jej obawy i przyczynę dla której znalazła się pod skrzydłami Modmoiselle. A to było dużo.

Zdecydowanie za dużo jak na moją skromną osobę. Nie widząc innego wyjścia, zrobiłam to co każda zdroworozsądkowa kobieta zrobiłaby na moim miejscu: Poszłam na zakupy.

***


                Centra handlowe to nie tylko wielkopowierzchniowa mekka dla koneserów mody czy plac zabaw dla specjalistów od marketingu. Centra handlowe to miejsca anonimowe – w przeciwieństwie do tych małych uroczych butików na Kings Road, w których ekspedientki wiedza o tobie wszystko. Mogłeś być tam dwa razy, a obsługa jest w stanie jednym tchem wyśpiewać wszystkie informacje na twój temat począwszy od rozmiaru buta, a na nazwie salonu fryzjerskiego, w którym farbowałaś odrosty kończąc. Tam gdzie mieściło się po sześćdziesiąt sklepów dzieląc len tego nie zaznałeś. Chodziłaś od progu do progu gubiąc się w odkalkowanych wystrojach i spokojnie sięgałaś do wieszaków nie bojąc się, że wymuskany asystent sprzedawcy podbiegnie czym prędzej na paluszkach, już z daleka krzycząc, że mają na zapleczu twój rozmiar. Bo przecież, oczywiście, żyjąc złudzeniami o idealnej sylwetce i obietnicami, że dietę zaczniesz od juta, chwyciłaś spodnie rozmiar mniejsze. Centra dawały ci tą wolność marzenia, że kiedyś jednak ta sukienka przestanie się tak paskudnie marszczyć na biodrach.

Anonimowość była dla mnie bardzo ważna w tamtej chwili, bo nie było nawet mowy o tym bym mogła prowadzić przyjemną konwersację z tym szczękościskiem, który nadal nie odpuszczał. Dzięki bogu!, między półkami z biżuterią wykonaną z sztucznych diamentów mogłam się schować. Bezpieczna od ataków znajomych i nieznajomych, zastanawiałam się jak zagrać tymi beznadziejnymi kartami, które rozdał mi los. W mieszkaniu czekała na mnie nieznajoma i jeśli odważę się ją zostawić na pastwę losu czeka mnie piekło na ziemi z Modmoiselle. Wyboru nie miałam żadnego, ale mimo wszystko planowałam ugrać jak naj więcej na swoja korzyć.

Owszem, planowałam – do czasu aż zobaczyłam idealne skórzane spodnie, które aż krzyczały by zabrać je do jednego z głośnych klubów w Mayfair. Czy śmiałam im odmówić? Skądże znowu. Miałam dzięki  nim sposobność dowiedzieć się z jakiej gliny ulepiona jest nasza słodka Fly bez konieczności walki z sennością, gdy będzie mnie zanudzać historią swojego życia.

Zadowolona z siebie dobrałam do spodni idealną koronkową bluzkę i krzykliwą biżuterię. Nawet nie bolało, gdy wbijałam pin do karty płatniczej. Ani trochę. Bo istniała taka mała, malutka szansa, że ta cała Fly to tylko słodkie dziecko o włosach w kolorze zboża, które uciekło z domu i nie wie co z sobą począć. A takie, to ja zjadałam na śniadanie.

***
                 
Byłam pewna,  że gdy wejdę do mieszkania z tą swoją miną: „Zabiję cię jeśli ruszyłaś coś z mojej kolekcji butów.”, zastanę przestraszoną księżniczkę z Wisconsin w kowbojkach i tandetnie wyciętych dżinsowych szortach. Gdybym dawała się w życiu zaskoczyć musiałabym zbierać swoją szczękę z ziemi, bo panna Logan siedziała spokojnie na ciemnobrązowej kanapie w eleganckich skórzanych szpilkach, dopasowanych jasnych dżinsach i seksownym bordowym topie, którego w pierwszym odruchu jej pozazdrościłam. W szczególności patrząc na jej dekolt, który ukazywał dwie pełne półkule piersi. Zazdrość piekła do żywego, bo ze swoim wzrostem i nazbyt książkową wagą, nie mogłam pochwalić się niczym więcej niż miseczką B. I to nie do końcapełną.

- Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie zrobiłaś jeszcze nic, za co mogłabym cię stąd wyrzucić? – Zapytałam rzucając frywolnym ruchem kluczyki do ceramicznej miski ustawionej na komodzie w przedpokoju. Można by powiedzieć, że miałam niekonwencjonalne metody witania się, ale nie byłam w nastoju na kultywowanie tradycji moich czysto brytyjskich korzeni i zabijania swojego gościa uprzejmością.

-Och, miło poznać ciebie też! Widzę, że nie mam co liczyć, że w tych fikuśnych torbach, które tutaj przytargałaś znajdą się powitalne babeczki z różowym lukrem. Swoją drogą, sąsiadka kuzynki mojej przyjaciółki z Rapids City[ii] potrafiła tak wymieszać barwniki, że lukier zmieniał się w uroczą różowo-filetową zebrę, dasz wiarę?! – wykrzyczała podekscytowana. Jakby nie było mało jej przeciągania ostatnich samogłosek i unoszenia głosu o kilka decybeli wyżej niż jest to społecznie akceptowane, to na domiar złego klaskała uroczo w dłonie. Gdybym nie zobaczyła tego na własne oczy nie uwierzyłabym.

-A odpowiadając na twoje pytanie – kontynuowała niezrażona moją morderczą miną. – od chwili, gdy Modmoiselle wpuściła mnie do mieszkania siedzę na tej kanapie rozważając każdą możliwość jaka może mnie spotkać w pierwszych pięciu minutach konfrontacji z tobą. Ale tego akurat pytania się nie spodziewałam.

Ku mojemu zaskoczeniu, blondynka wstała, a jej biust zatrząsł się dumnie, powodując u mnie wstrząsy wtórne palącej zazdrości. Podeszła zdecydowanym krokiem w moim kierunku (co irytowało mnie jeszcze bardziej, bo miałam szczerą nadzieje, że będzie miała chociaż krzywe nogi) zatrzymując się dosłownie kilkanaście centymetrów przede mną i mierząc mnie wzrokiem. Nie było wiele grozy w tym jej mierzeniu, bo natura poskąpiła jej wzrostu i głową sięgała zaledwie mojej brody, ale sytuacja sprawiała, że czułam się bardzo niekomfortowo.

No, bo – DO JASNEJ CHOLERY!- nie tego się spodziewałam. Miała siedzieć tutaj i się trząść jak osika, a nie sypać sarkastycznymi uwagami i epatować lekceważącym zachowaniem. Jaszcze tylko brakowało tego, że odrzuciłaby z ramienia swoje blond loki i zdzieliła mnie przy okazji nimi w twarz.

-Twoja sława cię wyprzedza, Evris Howards. Jedyna dziwka w Londynie, której nie boi się używać swojego prawdziwego imienia. Ale w tym rzecz, c’nie? – Zapytała błękitna oka przechylając swoją głowę na bok jak zaciekawiony ptaszek. – Dokładnie o to chodzi. To zbyt głupie,  by mała, śliczna kurwa używała prawdziwego imienia, więc wszyscy sądzą, że wciskasz kity. A wystarczy wpisać twoje imię i nazwisko w google i –puf!- nagle okazuje się, że to nieprawdopodobne kłamstwo jest prawdą prawie tak czystą pranie cioteczki Jolene.

Milczałam czekając na dalszy ciąg wydarzeń. W jednej chwili wszystkie moje asy z rękawa przestały mieć znaczenie, bo ta dziewczyna była tak bardzo podoba do mnie, jednocześnie nie mając żadnej z moich cech.

- Ale jaki cudem, żaden z tych dupków z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi nie wysilił się by prócz odkryć coś więcej niż tylko króciutką spódniczkę Evris Howard? To dopiero by się mu trafiła historia na dobranoc! 

 -N-I-G-D-Y. NIKOMU. – Wysyczałam dobitnie, chwytając współlokatorkę za szczękę i przysuwając swoją twarz do jej. – NIE piśniesz słowa, rozumiesz?

 -Zluzuj majtki, jeśli jakieś masz na sobie, mała. Nie jestem tu po to by ściągać zagubioną księżniczkę do domu.

  -Więc czemu to jesteś?

Byłam piekielnie ciekawa, co tu przywodzi to zaskakująco inteligentne stworzenie o wyglądzie kompletnej idiotki. Zdejmując dłoń z jej podbródka ruszyłam w kierunku kuchennej wyspy. Metodycznym ruchem ściągnęłam kieliszki wiszące na chromowanym relingu, zaciskając palce na długich nóżkach. Chwyciłam swoje ulubione Monteverdi i ostrożnie nalałam sobie i nowej po kieliszku.
  -Dowiesz się w swoim czasie, Ev. A teraz powiedz mi jaka będzie moja pierwsza lekcja.

***


Mayfair cieszyło się popularnością dzielnicy, w której sąsiadów stać na zatyczki do uszu. Imprezy nie cichły tam do rana, a i w godzinach kursowania komunikacji publicznej nieliczni wytaczali się z klubów by marszczyć oczy na światło słoneczne. Mieściła się tam niemała liczba klubów nocnych, ale ten do którego się wybrałyśmy był specjalny – tylko tutaj miało się pewność, że spotka się najlepszych z najlepszych. Co w tłumaczeniu na nasz język oznaczała, że goście należeli do najbogatszych do najbogatszych. Przekraczając próg Funky Buddah nie czułam się nie na miejscu. Selekcjonerka ubrana w elegancki, czarny kostium nie pytała się o nazwisko. Ani moje, a ani Fly, która denerwowała mnie do granic swoim wdziękiem, na który nie musiała się wcale wysilać. To było zdecydowanie niesprawiedliwe. Metalowe szpilki zastukały, gdy przekroczyłyśmy próg przepełnionego ludźmi klubu.. Na stołach w lożach kubły z lodem chłodziły drogiego szampana, a skraplająca się chłodna mgiełka z kieliszków nieśpiesznie spływała po ich krawędzi odbijając w stopie feerię barw. Barmani zabawiali klientów przy barze podrzucając sheakery i obracając butelki drogiego alkoholu w powietrzu.

-Nie wiem co wiesz o mężczyznach i jakich sztuczek używasz w łóżku. Tak naprawdę to nikogo nie obchodzi, bo to sprawa między tobą a twoim klientem. – tłumaczyłam nie spuszczając wzroku z parkietu. Rozsiadłyśmy się w skórzanej kanapie loży, do której zaprowadziła nas kelnerka w złotych szortach. – Jeśli spodziewałaś się, że dowiesz się jak uwieść faceta, to pomyliłaś drzwi kochanie.

-Domyślam się, że nie o samo uwodzenie chodzi, prawda kochanie? – Stwierdzenie Fly nie było dalekie od prawdy, ale też ta wypowiedź byłą tak nieznacząca, że postanowiłam udawać, że jej nie słyszałam. Jeszcze trochę tych pogaduszek i dziewczyna pomyśli, że ją lubię.

-Jak już powiedziałam – Oderwałam wzrok od pięknych, giętkich ciała poruszających się w rytm muzyki i upewniłam się, że moje okolone ciemną kredką oczy przykuły jej uwagę. – nie chodzi o uwodzenie. Chodzi o to w jaki sposób to robisz. Musisz wiedzieć jak myślą mężczyźni. Ich nie obchodzi jak minął ci dzień. Jeszcze w głębszej dupie mają fakt, że buty, które ci kupili wyciągając z portfela złotą kartę Mastercard cię obcierają. –Skrzywiłam się na wspomnienie jednego wyjątkowo nie udanego wieczoru. Nie udanego dla moich stóp, bo inne części ciała nie miały na co narzekać. – Więc przenosząc co to na innych poziom, chcę byś uwiodła dzisiaj kogoś nie odzywając się słowem. Czy prześpi się z tobą, czy tylko skona z fascynacji, to już twoja brożka, „kochanie”.

Dziewczyna wydawała się być wyraźnie zagubiona. Marszczyła brwi, a kościste palce zaciskały się nerwowo na kieliszku. Nim z ust padło pytanie, oblizała koniuszkiem języka dolną wargę.

-Ale dlaczego?

Usta mojej nowej współlokatorki nie zdążyły się zamknąć, a już wywracałam oczami w zdecydowanie nieeleganckim stylu. Pozwalając by uciekło z moich płuc powietrze starałam się wytłumaczyć najspokojniej jak potrafiłam.

-Bo kurwy za dużo gadają. Proste. To właśnie sprowadza na nie kłopoty. A kłopoty dla ciebie, to kłopoty dla Modmoiselle. Kłopot dla niej, to kłopoty dla całej masy ludzi. Dlatego właśnie lekcja numer jeden odnosi się do trzymania języka za zębami. Nie chcesz zdradzić niczego. Przecież nie chciałabyś by twój klient znał twoje prywatne życie, prawda?

-Myślę, że byłoby to bardziej niewygodne niż gacie babci Matyldy. – mruknęła pod nosem.
Byłam więcej niż pewna, że nie chcę za żadne skarby poznać ludzi, do których odnosi się w swoich nader obrazowych porównaniach. W mojej głowie większość z nich cierpiała z powodu braku jedynek.

-Nie pytaj dlaczego przedstawiam się swoim imieniem. Nie jesteśmy przyjaciółkami i po powrocie do mieszkanie nie zamierzam pleść ci kłosa.

-Rozumiem. – Blondynka uniosła ręce w obronnym geście, ale w kąciku jej ust czaił się uśmiech.

Cholera była zbyt pewna siebie i kurewsko mnie to denerwowało. Z resztą tamtego dnia denerwował mnie fakt, że oddycha, wiec - co było naturalne - wszystkie tego następstwa również.

-To co tutaj jeszcze robisz?!  - Podniosłam głos patrząc na nią zdziwiona. – To najlepszy klub w mieście, do którego zapraszają najbogatszych i najpiękniejszych. Rusz to swoje prowincjonalne dupsko na parkiet.

-Minneapolis to nie prowincja.

Kręciłam głową zrezygnowana patrząc jak odchodzi. Nie zamierzałam spuszczać z niej wzroku by upewnić się, że nasze wychowane na country łabędziątko dostosuje się do wytycznych. Przynajmniej z początku chciałam ją kontrolować. Chciałam upewnić się, że nadaje się do tej roboty i czy moje fascynacje o uduszeniu jej gołymi rękom nie będą musiały przenieść się na realny grunt, gdy coś jej się wymsknie i sprowadzi na głowę Madmoiselle prokuraturę. Chociaż raz chciałam postąpić słusznie. (W sensie drugi raz w życiu -pierwszym było opuszczenie domu.) Chciałam wziąć odpowiedzialność na siebie i się wywiązać.

Ale nie byłabym sobą, gdyby coś – a raczej ktoś – mnie nie rozkojarzyło. Na początku zobaczyłam szerokie, umięśnione barki i przedramię z tatuażem, który wydawał się przedstawiać cztery strzałki skierowane w kierunku dłoni, ale z tej odległości nie mogłam być pewna.

Odstawiłam kieliszek z wyśmienitym cosopolitanem na blat i pochyliłam się do przodu w celu dalszej obserwacji. Nim jednak pogrążyłam się całkowicie w śledzeniu każdego sprężystego ruchu mięśnia pod złocistą skórą, rzuciłam okiem za złotowłosą amerykanką. Tańczyła z wysokim, śniadym mężczyzną o smukłej sylwetce i kocich ruchach. Gdybym tylko mogła, to przyznałabym, że jest w tym prawie tak dobra jak ja. Ale nie mogłam. To kwestia dumy. Na jej szczęście usta miała zamknięte.


Give me all that you got now
Make you want me cause I'm hot now[iii]


Głęboki bas i zmysłowy bit wprawiły mnie w dobry nastrój tak samo jak pośladki nieznajomego, które poruszały się w rytm, kiedy tak tańczył z dziewczyną, którą tanią nazwać nie można było (oceniałam po butach – były drogie), ale nie była mną. Coś w tym jak skanował pomieszczenie swoimi bystrymi oczami powodowało, że wierciłam się niespokojnie na skórzanym obiciu. Oczekiwanie zbierający się u zwieńczenia ud sprawił, że skrzyżowałam mocno nogi i dalej podążałam za nim głodnym wzrokiem. Fascynowały mnie jego duże i silne dłonie. Gdy zaciskał je na biodrach swojej partnerki oczami wyobraźni widziałam to jak te same palce zaciskają się na mojej tali, gdy wbija się we mnie niezmordowanie.


Live fast, die young that's my choice
Get money, get money like an invoice


Nie pocałował jej. Pełne, zmysłowe usta wcale nie wylądowały na spoconym karku. Jedyne co zrobił, to oblizał swoje wargi kolistym ruchem i jedną z nich wciągnął między zęby. Niewinny ruch, na który moje ciało zareagowało automatycznie – z uderzeniem bitu nogi rozplątały się rozstawiły szeroko, a dłonie przesunęły się na brzuch, obejmując mnie szczelnie. Czułam chęć odrzucenia głowy do tyłu i wydania westchnienia przyjemności. Sceny rozgrywały się w mojej głowie, kiedy mogły stać się rzeczywistością. Przychylając swojego drinka i wypijając jego zawartość jednym hałstem nabrałam alkoholowej odwagi i ruszyłam w kierunku fascynującego bruneta.


I love to get too on
When the drink be too strong
When the tree be way too strong


Zdanie innych ludzi nie specjalnie się dla mnie liczyło. A zwłaszcza ludzi, którzy stali między mną a moją przyjemnością. Pragnęłam z całych sił nazywać tą dziewczynę wywłoką, ale mój zmysł estetyczny i poszanowanie drogi włoskich butów mi na to nie pozwalało.
Bez słowa chwyciłam dłoń przystojniaka i pociągnęłam go za sobą, w drodze po schodach kładąc tą właśnie dłoń na odsłoniętej skórze pleców, nad paskiem jeansów. Osłonięci cieniem jednej z arkadii przysunęliśmy się do siebie bliżej. Nie pozwoliłam by między jego gorącym jak samo piekło ciałem i moją spragnioną skórą znajdował się chociaż centymetr przestrzeni.


We go, you know who we are now
Get high, hotbox in my car now


Ruchy były zmysłowe, powolne zdradzające całą siłę chaotycznego pożądania, które w sobie tłumiłam, a które on odkrył. Unoszący się w górę wzrok natrafił na znamię na jego gardle. Coś się we mnie ścisnęło, gdy wizja mojego języka na tym szczególnym punkcie stanęła mi przed oczami. Nim moje błękitne tęczówki pokonały wędrówkę po jego twarzy i w końcu spotkały się z piwną otchłanią determinacji wiedziałam, że czyta we mnie jak w otwartej księdze. Nie wydawał się być mężczyzną, który na co dzień jest tak pewny siebie, jak był w tamtym momencie. Coś jednak spowodowało, że tej nocy był zdobywcą. I cokolwiek to było, byłam wdzięczna wszechświatowi za ten splot wydarzeń. Bez słowa wpatrywaliśmy się w swoje wygłodniałe oczy ocierając się o siebie na całej powierzchni, ale szczególne ciepło biło od miejsca, gdzie moja cipka ocierała się o jego krocze. Mimo całego wicia i zmian na barkach, biodra nie odrywały się od siebie.


Nasty, baby me do it in the backseat
Swear this marijuana keep it cracking
Lights, camera, action, 
I ain't doing nothing 'til the cash in

To jak odwrócił mnie tyłem do swojej klatki piersiowej umiejscawiając moje pośladki blisko swojego nabrzmiałego penisa, było dowodem czystego pożądania. Zrobił to celowo bym wiedziała jak bardzo skłonny jest ukoić ból wewnątrz mnie. Ten rodzaj tępego pulsowania, który może zostać uleczony przez głębokie, zdecydowane pchnięcia. Nie ważne było gdzie to się stanie – w łazience, na tylnym siedzeniu samochodu czy pod tą ścianą. Chciałam tego. Chciałam tego z całych sił. To nie była praca, to nie było działanie celowe mające zapewnić mi jakąś drogą błahostkę. To byłam ja i moje pragnienia w czystej postaci. To było jak narkotyk. To jak napierał swoim torsem na moje plecy. To, że jego uda stanowiły solidną podstawę dla mojego ciała. To jak jego dłonie nie zadrżały nawet przed sekundę, a odważnie brały w posiadanie każdy dostępny centymetr mojej skóry. Ciała rozdzielone ubraniami lgnęły do siebie nieprzerwanie. Ogień który dzieliliśmy był nie do powstrzymania i napędzał nas oboje. Desperacko rozglądałam się wokół szukając najbardziej dogodnego miejsca, w którym moglibyśmy dać się temu żarowi pochłonąć, jednak w chwili gdy gładkie wargi odnalazły mój wrażliwy punkt nad uchem zdolność logicznego myślenia uleciała w siną dal. Odrzucając głowę na umięśnione ramię bruneta pozwoliła by jego przytłaczające pożądanie unosiło mnie na swojej fali.



Pour it on up 'till I can't even think no more
Get ratchet, go dumb then go more dumb then
We can keep it lit, let's roll




[i] Ermenegildo Zegna - włoski dom mody założony w Trivero-Włochy w 1910 przez Ermenegildo Zegna
[ii]Rapids City – dziura nad rzeką Missisipi w stanie Illinois
[iii] O1 - Tenashi



Kochani! Dziękuję wam wszystkim za cudowne komentarze! Uwielbiam je czytać. ;p Z resztą kto nie lubi. Co myślicie o znajomości Fly i Evris? I wiecie kim jest mężczyzna, którego uwiodła Logan? Albo kto spowodował, że bielizna Howards zrobiła się wilgotna?
Mam nadzieje, że rozdział mimo, że długi się podoba. Jeśli macie pytania nie wahajcie się napisać do mnie na asku.
Loffciam was!

tt | ask